Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą pasztet

Pâté z kurzych wątróbek

Pate czyli po prostu pasztecik, mus z wątróbek zamknięty pod warstwą masła, z wetkniętymi weń drobnymi, intensywnie zielonymi listkami tymianku i czerwonymi kuleczkami pieprzu stanowi uroczą przystawkę na przyjęciu. Dla mnie danie sentymentalne, które przyniosło mi trochę szczęścia w kulinarnych przedbiegach, jestem pewna, że zasmakuje Wam tak samo jak mnie i moim bliskim. Ważne, żeby nie przeciągnąć wątróbki na patelni, musi pozostać delikatna, tylko wtedy będziecie mogli cieszyć się naprawdę aksamitną konsystencją. Jeśli przeraża Was sama myśl o anchois to z powodzeniem możecie je ominąć, choć zapewniam, że są jedynie delikatnie wyczuwalne, a łączenia mięsa z rybami i owocami morza jest naprawdę sprawdzone i na miejscu.  Koniecznie natomiast nie zapomnijcie o koniaku, ten przyjemny skądinąd, aromat jest bezwzględnie konieczny dla walorów smakowych, oczywiście ;)

Pasztet z żurawiną i pistacjami

Zawód charcutier (wędliniarza) sięga średniowiecza, kiedy każdy rzeźnik musiał znać sposoby na konserwowanie mięsa i przechowywanie swoich wyrobów prze dłuższy czas. Tak powstały znane do dzisiaj produkty paryskich charcuterie: saucisson czy jambon  fumé. W całym  Paryżu prawie na każdej ulicy można znaleźć wędliniarnię, która oferuje najrozmaitsze szynki, pasztety, kiełbasy i inne wędliny. Charcuterie prawie zawsze prezentują szeroką gamę pasztetów, mielone lub siekane mięsa, drób i owoce morza oraz terrine, jak również pasztety noszące nazwę od naczyń w których były przyrządzane. Obok nich znajdziemy rillettes ( patrz przepis ) czyli pasty do smarowania z mielonej wieprzowiny albo kaczki, gęsi lub kurczaka czy indyka, a także galantyny, faszerowany drób i mięso w galaretce. W Francji formy do pasztetów wykłada się cieniutkimi plasterkami wędzonego boczku. Pasztety wytwarzało się już w średniowieczu, mianem tym określano przyprawione...

Rillettes ze śliwkami

Kiedy docieram do upragnionego celu jestem już bardzo spragniona, kilkoma szybkimi ruchami przywiązuję lejce do drewnianego pala, wchodzę do środka i zdyszanym głosem proszę o zimny sok jabłkowy. Wewnątrz wiejskiego sklepu panuje zaduch, a na zewnątrz słońce okrutnie pali spękaną już ziemię. Wybór jednoznacznie pada na świeże powietrze, wychodzę i siadam na schodach, odrywam metalowy kapsel, biorę spory łyk zimnego napoju . Trwają sianokosy, w powietrzu unosi się zapach ściętej, lekko już podeschłej trawy, w oddali, na skoszonej już łące stoi załadowany po brzegi traktor. Spoglądam tęsknie w kierunku jedynego drzewa, pod którym na ławce, zbitej z drewnianych bali, siedzi kilku wieśniaków. Opierając się łokciami o drewniany stół, leniwie o czymś dyskutują. Jeden szczególnie zwraca moją uwagę, to sympatyczny rudzielec ze śmiesznie naciągniętym na głowę kaszkietem, żujący źdźbło trawy. Nagle na stole pojawia się kamienna misa i bochenek świeżego chleba, chłopaki ożywiają się ...